Podróże od lat są moim sposobem na poznawanie świata, ale również siebie. Zawsze ciągnęło mnie poza utarte trasy, do miejsc, w których trzeba trochę bardziej się postarać, ubrudzić buty, czasem zmienić plany, a często po prostu zaufać ludziom spotkanym po drodze.
Zanim zaczęłam tworzyć wyprawy dla innych, przez wiele lat zajmowałam się biznesem, technologią i produkcją gier. Wychowałam się w rodzinie przedsiębiorców i od dziecka obserwowałam, jak prowadzi się firmę, podejmuje decyzje i bierze odpowiedzialność za ludzi. Pomagałam w biznesie mojej mamy, więc przedsiębiorczość rzeczywiście wyssałam z mlekiem matki. Razem z przekonaniem, że gdy pojawia się problem, trzeba znaleźć rozwiązanie, a za każdą umową, wiadomością i rezerwacją stoi konkretny człowiek.
Z wykształcenia jestem inżynierką informatyki ze specjalizacją w grafice i DTP. Ukończyłam również e-biznes w Szkole Głównej Handlowej oraz UX Design na Uniwersytecie SWPS. Przez 13 lat pracowałam w gamedevie: przez osiem lat rozwijałam własny biznes na rynku międzynarodowym, a później jako producentka prowadziłam zespoły i projekty, z których kilka zostało nagrodzonych.
Branża gier nauczyła mnie organizowania rzeczy skomplikowanych, pracy pod presją i pilnowania setek szczegółów, których odbiorca często nawet nie zauważa, dopóki wszystko działa. Dziś korzystam z tego doświadczenia przy tworzeniu wypraw. Dobry program, podobnie jak dobrze zaprojektowana gra, powinien prowadzić człowieka przez kolejne doświadczenia płynnie, bez chaosu i przypadkowych decyzji.
Praca w branży technologicznej dawała mi również możliwość podróżowania na długo przed tym, zanim praca zdalna stała się powszechna. Realizowałam projekty z różnych części świata, czasem z dużego miasta, czasem z małej miejscowości, a czasem z miejsca, w którym znalezienie stabilnego internetu było pierwszym zadaniem dnia.
Nie przyjeżdżałam na weekend. Zostawałam na tygodnie, a czasami miesiące. Dzięki temu miałam szansę zobaczyć coś więcej niż atrakcje oznaczone na mapie. Poznawałam codzienny rytm miejsca, zaprzyjaźniałam się z ludźmi, słuchałam historii przy stole, w samochodzie, w małej restauracji albo podczas wielogodzinnej drogi, kiedy człowiek zaczyna mówić o rzeczach, których nie opowiada podczas oficjalnego zwiedzania.
Najbardziej ciągnęło mnie tam, gdzie natura wciąż miała przewagę. Do lasów tropikalnych, mokradeł, gór, pustkowi i miejsc oddalonych od najpopularniejszych tras.
Kiedy ktoś pyta mnie o najpiękniejsze wspomnienie z podróży, nigdy nie potrafię wybrać jednego.
Pantanal w Brazylii pozostaje jednak moim absolutnym „top of the top”. Pamiętam ary i tukany przelatujące nad głową, kapibary odpoczywające obok kajmanów i ten niezwykły porządek, w którym wszystko funkcjonowało zgodnie z własnym rytmem. Bez wybiegów, pokazów i karmienia na komendę. Płakałam ze szczęścia, bo nagle znalazłam się w środku filmu przyrodniczego, tylko że tym razem nie było ekranu.
Był też trzydniowy survival przez kolumbijską Amazonię. Nie wiem, czy chciałabym go powtórzyć, ale wiem, że kiedyś będę o nim opowiadać wnukom. Kto słyszał nocą ryk wyjca rudego, ten rozumie, dlaczego w ciemnym lesie, nocując w namiocie zawieszonym między drzewami, trudno uwierzyć, że ten dźwięk to nie ryk jaguara, a małpy siedzącej gdzieś wysoko w koronach drzew. To była długa noc. Bardzo długa.
Na Sri Lance weszłam nocą na Sri Pada. Około 5500 stromych schodów, pielgrzymi w każdym wieku, dzwony, światła i nogi, które w pewnym momencie zdecydowanie przestały podzielać mój entuzjazm. Weszłam jednak na szczyt. Do dziś pamiętam tę satysfakcję i prostą myśl: dałam radę.
Podczas wyprawy z namiotami przez Republikę Południowej Afryki, Mozambik, Zimbabwe i Botswanę spędziłam trzy dni w delcie Okawango. W takich miejscach bardzo szybko przypominamy sobie, że człowiek nie zarządza światem. Jest tylko gościem, który powinien patrzeć, słuchać i nie przeszkadzać.
Po drodze spotkałam setki ludzi. Jedni zapraszali mnie do swoich domów, inni opowiadali o wojnach, rodzinach, pracy, migracjach i marzeniach. Spotykałam ludzi dobrych, serdecznych, zabawnych, ale również takich, którzy nauczyli mnie ostrożności. Dokarmiałam psy i koty, dzieliłam się jedzeniem i nieraz wracałam do domu o kilka kilogramów lżejsza, bo kompletnie nie potrafię przejść obojętnie obok głodnego zwierzęcia.
To właśnie podczas tych podróży zrozumiałam, jak chciałabym pokazywać świat innym.
Kilkanaście dni w obcym kraju to mało. Można w tym czasie zobaczyć najważniejsze miejsca, zrobić zdjęcia i poznać podstawowe daty. Można jednak również spotkać ludzi, którzy pomogą zrozumieć kraj głębiej, pokażą jego codzienność, poczucie humoru, napięcia, zwyczaje i historie ukryte za znanymi widokami.
Dlatego w Tugende nie powierzamy grup przypadkowym osobom. Szukamy pilotów, którzy naprawdę znają region, potrafią opowiadać i wiedzą, jak w krótkim czasie pokazać kraj możliwie najpełniej.
Po Meksyku grupy prowadzi Monika, która mieszka tam od 30 lat. Zna nie tylko historię, kuchnię i tradycje, ale też codzienny Meksyk, jego zmiany, ludzi i miejsca, o których nie przeczytamy w pierwszym lepszym przewodniku.
Kolumbię pokazuje Adrian. Przyjechał, zakochał się w tym kraju i został w nim na dobre. Dzięki niemu Kolumbia nie jest zbiorem punktów na trasie, lecz miejscem pełnym konkretnych ludzi, opowieści i zależności.
W Peru i Boliwii podróżujemy z Szymonem i Agnieszką, mieszkańcami Peru i wspinaczami wysokogórskimi. Andy są dla nich przestrzenią życia, a nie jedynie miejscem pracy. Wiedzą, jak zachowuje się organizm na wysokości, jak zmieniają się warunki w górach i jak opowiadać o regionie z perspektywy kogoś, kto zna go od środka.
Właśnie tego sama zawsze szukałam podczas podróży: osoby, która pokaże mi kraj szerzej, zaprowadzi do ludzi, opowie o tym, co wydarzyło się poza oficjalną historią, i zwróci uwagę na rzeczy, które łatwo przeoczyć.
Z tego samego powodu podróżujemy w małych grupach. W niewielkim gronie łatwiej rozmawiać, zadawać pytania, zatrzymać się dłużej tam, gdzie dzieje się coś interesującego, i zmienić plan, gdy pojawia się szansa na doświadczenie, którego nie dało się wcześniej wpisać do programu. Małe grupy zostawiają też mniejszy ślad, co ma ogromne znaczenie w miejscach szczególnie cennych przyrodniczo.
Zwierzęta i ich naturalne środowisko zawsze zajmowały w moich podróżach szczególne miejsce. Dlatego unikamy atrakcji opartych na tresurze, dotykaniu dzikich zwierząt i ustawianiu ich do zdjęć. Wolę godzinę czekać na pojawienie się zwierzęcia w naturze niż zobaczyć je na smyczy przez pięć minut. Czasem wracamy bez idealnego zdjęcia, ale z poczuciem, że zachowaliśmy się wobec przyrody właściwie.
Tugende łączy wszystko, czym zajmowałam się przez lata: przedsiębiorczość, projektowanie doświadczeń, zarządzanie skomplikowanymi projektami i ciekawość świata.
Chcę, aby nasi klienci po kilkunastu dniach wracali z poczuciem, że naprawdę poznali fragment odwiedzanego kraju. Żeby pamiętali nie tylko widok ze szczytu czy fasadę świątyni, ale także rozmowę przy stole, historię usłyszaną po drodze, zapach porannego targu i moment, którego nie dało się wcześniej zaplanować.
Moje najważniejsze podróże zostały ze mną na długo po powrocie. Zmieniały sposób myślenia, uczyły pokory, odwagi i poznawania siebie w nowych sytuacjach. Właśnie takie wyprawy chcę tworzyć w Tugende — takie, po których walizkę rozpakowuje się szybko, ale myślami wraca się do nich jeszcze przez wiele lat.
Jak to napisała o nas gazeta Wyborcza „Otworzyły biuro podróży etycznych – Turystyka przeciekowa je mierzi” – i rzeczywiście trafili w samo sedno.